OSA Dajcie sobie panowie spokój”, czyli Blachownia w teatrze absolutorium, promocji i wielkiego samorządowego. W Blachowni coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że samorząd osiągnął najwyższy etap rozwoju administracyjnego: układ heliocentryczny, w którym w centrum znajduje się burmistrz Cezary Osiński, a wokół niego krążą komunikaty, zdjęcia i sukcesy — i to właśnie ta koncentracja władzy oraz przekazu wokół jednej osoby stanowi główny problem opisywany w tym tekście.
Mieszkańcy? Teoretycznie są ważni. Urząd? Oczywiście, istnieje. Radni? Formalnie reprezentują mieszkańców. Pracownicy? Ktoś przecież musi przygotować scenografię do kolejnych odcinków serialu pod tytułem: „Burmistrz działa”.
A nad wszystkim unosi się jeszcze profesjonalna warstwa lukru: Fabryka Mediów. I tu nawet ironia nie musi się specjalnie wysilać, bo rzeczywistość sama napisała najlepszy żart. Firma od promocji nazywa się dokładnie tak, jak wygląda cały mechanizm: fabryka przekazu, fabryka obróbki wizerunku, fabryka pakowania zwykłej administracyjnej codzienności w złotko sukcesu.
Z informacji publicznej wynika, że to nie jest niewinna zabawa w ładne zdjęcia i sympatyczne wpisy. Płacimy za rzetelne informowanie wspólnoty, czy za budowanie starannie wypolerowanego portretu burmistrza?
Bo jedno to komunikacja publiczna — konkretna, przejrzysta i potrzebna. A drugie to wizerunkowa taśma produkcyjna, na której każda czynność urzędu przechodzi przez lakiernię, filtr upiększający i dział pakowania emocji.
Tu zdjęcie. Tam rolka. Tu „ważne spotkanie”.
Tam „kolejny sukces”. Tu wstążki ! Jeszcze tylko odpowiedni kadr, bez słów i mamy kolejny produkt dnia: burmistrz w wersji premium.
Tylko że rzeczywistość ma tę przykrą cechę, że czasem wychodzi poza kadr. I właśnie wtedy zaczyna być ciekawie.
Debata nad absolutorium przebiegała nader sprawnie. Tak sprawnie, że można było odnieść wrażenie, iż najważniejsze jest nie to, aby cokolwiek wyjaśnić, ale żeby całość bezpiecznie przeprowadzić przez sesyjny rytuał.
Pan burmistrz czytał sprawozdanie. Długie, urzędowe, pełne paragrafów, punktów, podpunktów, rozdziałów, podrozdziałów i całej tej administracyjnej ornamentyki, która ma sprawiać wrażenie powagi, nawet wtedy, gdy słuchacz zaczyna podejrzewać, że sam sprawozdawca nie do końca rozumie, co przedstawia.
Można było odnieść wrażenie, że dokument przygotował dział finansów, a burmistrz pełnił funkcję lektora. Głos był, kartki były, paragrafy były. Zabrakło tylko przekonania, że osoba czytająca rzeczywiście panuje nad tym, co referuje.
Ale żeby było jasne — nie tylko burmistrz wyglądał na osamotnionego w tym morzu urzędowej treści. Sądząc po dociekliwości części radnych, można było przyjąć, że oni również nie do końca wiedzieli, o czym właściwie mowa. Było więc uroczyście, formalnie i bezpiecznie. Tak bezpiecznie, jak tylko może być wtedy, gdy nikt nie zadaje zbyt wielu pytań, nad porządkiem czuwała Przewodnicząca Rady, Edyta Mandryk, kto jak kto ale ona ,, zna „ się na samorządzie, przynajmniej tak jej się wydaje. Oczywiście wszystko w granicach prawa. Formalnie poprawnie. Regulaminowo. Elegancko.
Na mieszkańców nałożono kaganiec dotyczący zadawania pytań w debacie. Wszystko po to, aby uchronić sesję przed paraliżem logistycznym i potencjalnym blokowaniem obrad przez przypadkowe osoby. Tych osób było zapewne tak wielu, że trzeba było wprowadzić rygorystyczne wymogi formalne. Gdyby nie to, być może Blachownia stanęłaby na krawędzi ustrojowego chaosu.
Mi nasunęło się pytanie. Dlaczego lokalna władza tak bardzo boi się pytań? Czy naprawdę chodzi wyłącznie o kwestie porządkowe? Czy może jednak o coś więcej? Może o strach przed krytyką w blasku kamer.
Może o wygodne unikanie konfrontacji.
Może o ochronny parasol rozłożony nad Osinskim, aby najważniejsza debata w roku przebiegła możliwie spokojnie, przewidywalnie i bez zbyt wielu nieprzyjemnych faktów.
Bo fakty mają jedną nieprzyjemną cechę: nie zawsze dają się dobrze opakować promocyjnie.
Nie mieszczą się w rolce. Nie wyglądają dobrze na zdjęciu. Nie pasują do narracji o nieustannym paśmie sukcesów.
A jednak, mimo starannie ustawionej sceny, bolesne fakty padły. Padły w wolnych wnioskach. I pokazały coś, czego żaden filtr, żaden montaż i żadna Fabryka Mediów nie przykryje: za błyszczącą fasadą promocji kryją się realne problemy, realne zaniedbania i realne pieniądze.
I tu pojawiły się liczby, których nie da się przykryć żadnym komunikatem.
Szymańska wyliczyła jasno: zadłużenie gminy w przeliczeniu na jednego mieszkańca wzrosło z około 1500 zł do 2300 zł. To nie jest kosmetyczna zmiana. To jest skok, który pokazuje kierunek, w jakim zmierza polityka finansowa.
Jeszcze ciekawiej wygląda koszt funkcjonowania samego urzędu. Z poziomu około 300 zł na mieszkańca wzrósł do 750 zł. Czyli ponad dwukrotnie. I tu pojawia się pytanie: co dokładnie mieszkańcy dostali w zamian za ten wzrost?
Więcej usług? Lepszą obsługę? Większą przejrzystość?
Czy może więcej komunikatów, zdjęć i materiałów promocyjnych?
A kiedy zaczęto drążyć temat, pojawiło się tłumaczenie burmistrza Osińskiego. Wszystko — jak usłyszeliśmy — przez program komputerowy. Program, który… był w szafie. Program, którego — jak wynikało z tej wypowiedzi — nie trzeba było kupować, bo już istniał. A jednak został kupiony.
Trudno o lepszą metaforę zarządzania publicznymi pieniędzmi.
Najpierw coś mamy. Potem uznajemy, że jednak nie mamy.
Następnie kupujemy to ponownie.
A na końcu tłumaczymy, że to konieczność i wina poprzedników.
I wszystko to dzieje się w czasie, gdy rośnie zadłużenie i rosną koszty funkcjonowania urzędu. No, ale nikt bogatemu nie zabroni.
A Blachownia, jak wiadomo, jest tak bogata, że może sobie pozwolić na medialne opakowania, rosnące koszty administracji, rosnące zadłużenie i decyzje, które trudno racjonalnie wytłumaczyć. Przynajmniej tak można wnioskować z praktyki, bo przed wyborami Cezary Osiński bardzo bał się zadłużenia gminy. Po wyborach ten lęk najwyraźniej cudownie osłabł.
A kto i kiedy ten dług spłaci?
Cóż, to pytanie najwyraźniej nie psuje nikomu nastroju. Na pewno nie tym, którzy dziś podejmują decyzje. Spłacać będą przecież mieszkańcy. Obecni, przyszli, ich dzieci, a może nawet ci, którzy jeszcze nie wiedzą, że zostaną podatnikami samorządowego spektaklu.
Coraz częściej można mieć wrażenie, że radni w Blachowni nie są od kontrolowania burmistrza, tylko od zatwierdzania tego, czego burmistrz oczekuje. Mają głosować tak, jak życzą sobie rządzący. Mają podnosić rękę, nie zadawać za dużo pytań, nie psuć atmosfery i nie zakłócać harmonii lokalnego układu słonecznego.
Bo przecież w układzie heliocentrycznym planety nie dyskutują ze słońcem. Planety krążą.
I właśnie dlatego debata nad absolutorium, zamiast być realną rozmową o stanie gminy, zamienia się w rytuał potwierdzający władzę. Burmistrz czyta. Radni słuchają. Przewodnicząca pilnuje porządku. Mieszkańcy mają ograniczone możliwości zadawania pytań. A promocja robi swoje. Są kwiaty, są zdjęcia, są komunikaty o sukcesie.
Wszystko wygląda sprawnie. Wszystko wygląda elegancko.
Wszystko wygląda profesjonalnie. Tylko że wygląd to nie rzeczywistość. Bo za pięknymi komunikatami pozostają pytania:
Dlaczego rosną koszty funkcjonowania urzędu?
Dlaczego zadłużenie na mieszkańca rośnie tak szybko?
Dlaczego kupuje się rzeczy, które — jak się okazuje — już były?
Dlaczego mieszkańców ogranicza się formalnościami w najważniejszej debacie roku?
Dlaczego promocja władzy działa sprawniej niż rozmowa o realnych konsekwencjach decyzji? Co z kanalizacją ? Kto zapłaci kary za niespełnienie dyrektywy unijnej? Dlaczego zrezygnowano z 5 mln złotych na ważne zadanie ??
I teraz sedno : Blachownia nie potrzebuje lokalnego monarchy. Nie potrzebuje dworu, rytuałów, ukłonów i opowieści o tym że burmistrz jest supermenem. Nie potrzebuje również medialnej lakierni, która za publiczne pieniądze będzie polerować każdy komunikat tak długo, aż zwykły obowiązek urzędu zacznie wyglądać jak historyczne dokonanie jednego człowieka.
Potrzebujemy normalnie działającej instytucji.
Takiej, w której burmistrz rozumie sprawozdanie, które przedstawia.
Takiej, w której radni rozumieją, nad czym głosują.
Takiej, w której przewodnicząca rady nie musi chronić władzy przed pytaniami mieszkańców.
Takiej, w której promocja nie zastępuje zarządzania.
Takiej, w której pieniądze publiczne wydaje się z głową, a nie z myślą o następnym komunikacie, samorząd to nie scena teatralna. Nie prywatny profil społecznościowy. Nie kampania reklamowa jednego człowieka. Nie serial promocyjny z burmistrzem w roli głównej.
Samorząd to odpowiedzialność !!! Za budżet. Za inwestycje. Za koszty urzędu.
Za długi. Za decyzje. Za mieszkańców.
Jeśli po zgaszeniu fleszy, wyłączeniu kamer i zakończeniu kolejnego promocyjnego spektaklu okazuje się, że gmina ma rosnące zadłużenie, rosnące koszty administracji i decyzje, które trudno racjonalnie wyjaśnić, to problemem nie jest brak komunikacji.
Problemem jest nadmiar propagandy i niedobór odpowiedzialności.
Mieszkańcy mają prawo pytać : o Fabrykę Mediów. O pieniądze. O koszty urzędu. O zadłużenie. O absolutorium. O milczenie radnych.
O to, kto naprawdę zarządza Blachownią —
A prawdziwy lider nie musi codziennie udowadniać, że jest słońcem. Nie musi świecić za wszystkich i podpisywać swoim cieniem każdej sprawy w gminie. Nie musi też opierać swojej pozycji na medialnej maszynerii, która przekonuje ludzi, że zwykłe obowiązki urzędu są epokowymi dokonaniami. Prawdziwy lider buduje urząd, który działa również wtedy, gdy jego samego nie ma na zdjęciu , bo jeśli po zgaszeniu fleszy instytucja wygląda dużo gorzej niż na fotografii, to problemem nie jest brak światła. Problemem jest to, kto stanął przed reflektorem — i kto za publiczne pieniądze ustawia całą scenę.
Przywróćmy Blachowni normalność !!!
dzt Może ten pan powie co się stało z fontannami pływającymi co były na drugiej stronie
mieszkaniec-drugiego-sortu Panie Marku! Polecam niech pan sprawdzi czym się zajmował nowy prezes OSIR
PK Mieszkańcy Blachowni, czas spojrzeć prawdzie w oczy ! Czy wy naprawdę macie jeszcze wpływ na to, co dzieje się w waszej gminie? Bo coraz bardziej wygląda to tak, jakby Blachownia była tylko szyldem, a najważniejsze decyzje zapadały gdzie indziej.
Urząd Miejski w Blachowni coraz mniej przypomina urząd dla mieszkańców Blachowni. Coraz więcej stanowisk zajmują osoby spoza naszej gminy, a „desant” z Wręczycy Wielkiej jest tak widoczny, że wystarczy spojrzeć na parking — rejestracje SKL mówią same za siebie.
Jeżeli prezesem OSIR zostanie jeszcze ktoś nie z Blachowni, to będzie jasny sygnał: mieszkańcy Blachowni nie są już partnerami w decydowaniu tylko widzami. Macie płacić podatki, chodzić na wybory, słuchać obietnic, a potem patrzeć, jak stanowiska i wpływy trafiają do ludzi z zewnątrz, a kasa z podatku do sąsiednich gmin. To nie jest normalne. To nie jest samorząd blisko mieszkańców. To jest przejmowanie Blachowni po kawałku.
Blachownia powinna być w rękach mieszkańców Blachowni —a nie należeć do układów, znajomości i politycznych importów. Ale nam Cezary zafundował los !!!
U-GRA Pięknie napisane! Rzeczowo, z szacunkiem do mieszkańców i do władzy też, bez obrazy. Władza błędnie rozumie definicję słowa-oszczędzać. Dla nich oszczędzanie to ekonomia własnych sił, zaangażowania w rozwój Blachowni, oszczędzanie swoich umiejętności, swojego talentu(po prostu jego nie maja), oszczędzanie zainteresowaniem potrzeb mieszkańców. A pożyczanie pieniędzy dla obecnej władzy jest czymś normalnym, przecież wszyscy pożyczają. Jak można nazwać oszczędzaniem-zatrudnienie jeszcze 20 dodatkowych pracowników, i a nie jednej inwestycji nie uzyskanej w takim licznym gronie? Albo podwyżka w prawie w dwa razy wynagrodzenia dla przewodniczącej komisji alkoholowej? A „Trzy dni Blachowni”, za pierwszy dzień w ogóle był wstyd, przekleństwa ze sceny było słychać aż w Konopiskach. To też w ramkach oszczędzania? Mieszkańcy Blachowni mają prawo wiedzieć ile urząd zapłacił za te „Trzy dni Blachowni”. Władza bawi się i trwoni pieniądze. A następne pokolenia będą tylko płacić za tą zabawę.
M2S Jedyny wykonawca tej inwestycji znany jest już od 2025 roku, według oficjeli ratusza nie ma innej firmy, która mogłaby sprostać postawionym wymaganiom w związku z czym i wynagrodzenie musi być słuszne. Panie Marku ostatnimi czasy w ogólnopolskich mediach mówiło się na temat tzw. kilometrówek wśród posłów i senatorów. W terenie nazywa się to podróż służbowa krajowa podkreślam krajowa bo wyjazdu do Dani nie ma w tym sprawozdaniu. A co w tym temacie w naszym urzędzie. Dostępne sprawozdania za 2025 i 2026 rok pokazują następujące fakty : Gdy spojrzy się w dokumenty, można odnieść wrażenie, że w pierwszym kwartale w budynku Urzędu Miejskiego hulał głównie wiatr. Dlaczego? Ponieważ urzędnicy zorganizowali sobie prawdziwe, ogólnokrajowe tournée! Skarbnik Gminy, planując budżet na cały 2026 rok, pomyślał: „Dobra, na delegacje krajowe damy im bezpieczne 76 tysięcy złotych. Spokojnie starczy na paliwo i diety do grudnia”. Urzędnicy spojrzeli na te wyliczenia, uśmiechnęli się pod nosem i powiedzieli: „Potrzymaj mi kawę”. W zaledwie trzy pierwsze miesiące roku wyjeździli w Polskę dokładnie 68 701,40 złotych! Wydali prawie 91% całorocznych oszczędności na podróże. W tym tempie, budżet na delegacje skończył się mniej więcej wtedy, gdy na trawnikach w Blachowni topniał pierwszy śnieg. Można złośliwie założyć, że od kwietnia urzędnicy na spotkania do Katowic jeżdżą… autostopem albo miejskim rowerem. Skok wydatków rok do roku jest tak gigantyczny (wzrost o blisko 300%!), że mieszkańcy mogą zacząć snuć niesamowite teorie spiskowe, no chyba, że nowi pracownicy (wzrost z 43 do 62 etatów) byli masowo delegowani do urzędów wojewódzkich, marszałkowskich lub centralnych w celu domykania procedur, pozyskiwania decyzji czy uzgodnień projektowych. Sam fakt, że Urząd Miejski w Blachowni w I kwartale 2026 roku wydał na delegacje aż 68 701,40 zł , nie pozwala na automatyczne postawienie zarzutu o nadużycia. Może to być wynik nadzwyczajnej intensywności obiektywnych zadań, których efektów nie widać ale spoko do końca roku daleko. Jedno jest pewne – zima 2026 roku w gminie Blachownia była wyjątkowo dynamiczna, a lokalni urzędnicy udowodnili, że żadna droga (i żaden budżet) nie są dla nich za długie! PS. Na szkolenia nie jeździli, tam budżet obcięli o prawie 13 tysięcy zł.
Właściciel tego bloga nie zawsze zgadza się z opiniami autorów komentarzy.