Z niepokojem obserwuje co dzieje się w naszej gminie. Mam wrażenie, że obecne władze. nie mają spójnej wizji rozwoju Blachowni!!! Decyzję, które są podejmowane, to raczej pojedyncze, niespójne działania, których konsekwencje nie zostały należycie przeanalizowane. Trudno mówić o przemyślanej strategii, gdy kilka lat temu blokowano budowę mieszkań czynszowych w lokalizacji lepiej przygotowanej infrastrukturalnie, a dziś forsuje się budowę ogromnego osiedla na końcu wąskiej, wiejskiej ulicy. To nie wygląda na planowanie rozwoju, lecz na działania pozbawione konsekwencji i długofalowego myślenia. Rozwój jest potrzebny. Potrzebujemy nowych mieszkań, nowych mieszkańców, inwestycji i rozwiązań, które pozwolą młodym ludziom zostać w naszej gminie. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy pod hasłem rozwoju próbuje się realizować inwestycję całkowicie oderwaną od miejsca, jego charakteru i możliwości istniejącej infrastruktury.
Bo czy naprawdę ktoś uważa, że osiem budynków wielorodzinnych i około dwustu mieszkań przy ulicy Kopalnianej w Łojkach to dobry pomysł ? Łojki, czy Konradów są wsiami. To nie osiedla miejskie, ani kolejne dzielnice Częstochowy, ale spokojne miejscowości, których największymi zaletami są przestrzeń, cisza i sąsiedztwo lasu. Wielu mieszkańców właśnie dlatego zdecydowało się tutaj zamieszkać. Kupowali działki, budowali domy i inwestowali oszczędności całego życia, licząc na to, że okolica zachowa swój kameralny, wiejski charakter.
Nikt, decydując się na mieszkanie na wsi, nie robi tego po to, aby po kilku latach obudzić się z blokowiskiem pod oknami. Dlatego trudno zrozumieć, dlaczego około dwustu mieszkań ma powstać właśnie przy ulicy Kopalnianej — wąskiej, bocznej drodze mającej około pięciu metrów szerokości, otoczonej domami jednorodzinnymi, polami, łąkami i lasem. Nie trzeba być urbanistą, ani inżynierem, by dostrzec, że coś tutaj się nie zgadza. Wystarczy przyjechać na miejsce. Trudno uwierzyć, że właśnie tę lokalizację wybrano pod jedno z największych nowych osiedli mieszkaniowych w gminie.
Najważniejsze pytanie brzmi więc: dlaczego właśnie tutaj? (red. moim zdaniem obecna władza gminy burmistrz i radni przez ponad 2 lata nic szczególnego nie zrobili dla mieszkańców. Nie rozpoczęli żadnej nowej inwestycji, o obiecanym basenie nie wspomnę i teraz w połowie kadencji się „pali” jest pośpiech, aby przed ludźmi pokazać, że coś chce się zrobić.)
W moim przekonaniu znacznie bardziej odpowiednim miejscem pod taką inwestycję była część działki położona między Domem Pomocy Społecznej a ośrodkiem zdrowia. To teren bliżej centrum Blachowni, usług publicznych, placówek ochrony zdrowia i istniejącej infrastruktury. Zabudowa wielorodzinna znacznie lepiej wpisywałaby się tam w otoczenie i odpowiadała codziennym potrzebom przyszłych mieszkańców.
Tymczasem dziś wybiera się miejsce, które z miejską zabudową wielorodzinną nie ma nic wspólnego.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że szukano nie lokalizacji najlepszej, lecz po prostu działki, na której najłatwiej będzie narysować osiedle.
Cała sytuacja jest tym bardziej niezrozumiała, gdy przypomna wydarzenia sprzed prawie trzech lat. Wspólnie ze Spółdzielnią Mieszkaniową w Blachowni rozpoczęliśmy wtedy działania zmierzające do budowy nowych mieszkań czynszowych w Blachowni. Była koncepcja, partner posiadający doświadczenie w zarządzaniu budynkami oraz realna możliwość pozyskania wielomilionowego finansowania.
Zamiast merytorycznej dyskusji spłynęła na nas fala hejtu. Do najbardziej zdecydowanych przeciwników należały osoby, które dziś zarządzają gminą.
W konsekwencji inwestycja nie została zrealizowana, a spółdzielnia utraciła promesę opiewającą na kilkadziesiąt milionów złotych. Mieszkania, które mogły powstać w Blachowni, w miejscu znacznie lepiej przygotowanym do zabudowy wielorodzinnej, nie powstały.
Dziś ci sami ludzie przekonują mieszkańców, że wielkie osiedle jest gminie potrzebne. Tyle, że tym razem ma ono powstać nie w Blachowni, w sąsiedztwie usług i infrastruktury, lecz na peryferyjnej, wiejskiej ulicy w Łojkach. (red. punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?)
Jak więc rozumieć tę zmianę stanowiska? Dlaczego wcześniej budowa mieszkań czynszowych była powodem do ataków i krytyki, a dziś osiem bloków przy nieprzystosowanej ulicy przedstawia się jako konieczny rozwój? Co zmieniło się przez ten czas — poza tym, kto obecnie sprawuje władzę?
I nie chodzi o sprzeciw wobec mieszkań komunalnych, społecznych czy czynszowych. Jestem wielkim zwolennikiem ich budowy. Uważam też, że osobom znajdującym się w trudnej sytuacji lokalowej należy pomagać. Gmina powinna rozwijać zasób mieszkaniowy i tworzyć warunki do pozostania w niej młodych rodzin. Pomoc nie może jednak oznaczać budowania osiedla tam, gdzie od początku brakuje podstawowej infrastruktury.
Przy ulicy Kopalnianej nie ma zbiorczej kanalizacji, ani sieci gazowej. Pojawiają się zatem informacje o konieczności budowy lokalnej oczyszczalni ścieków. Ogrzewanie osiedla będzie zapewne w znacznej części uzależnione od energii elektrycznej.
Czy istniejąca sieć energetyczna wytrzyma jednoczesne ogrzewanie około dwustu mieszkań?
Czy przeprowadzono odpowiednie analizy techniczne?
Kto zapłaci za niezbędną modernizację sieci, budowę przyłączy, urządzeń sanitarnych i ewentualnej stacji transformatorowej?
Inwestor, gmina czy ostatecznie wszyscy mieszkańcy?
Podobne pytania dotyczą komunikacji. Około dwustu mieszkań oznacza setki nowych mieszkańców i prawdopodobnie co najmniej kilkaset dodatkowych samochodów. Tymczasem ulica Kopalniana jest drogą stworzoną na potrzeby rozproszonej zabudowy jednorodzinnej. Gdzie będą parkować przyszli mieszkańcy? Czy liczba miejsc postojowych będzie wystarczająca? Czy samochody nie zaczną zajmować poboczy i blokować wąskiej jezdni? Czy straż pożarna, pogotowie i inne służby ratunkowe będą mogły bezpiecznie dotrzeć do każdego budynku? Te pytania powinny zostać zadane i rozstrzygnięte przed wydaniem decyzji, a nie dopiero wtedy, gdy osiedle będzie już zamieszkane. Wątpliwości budzi również sama skala przedsięwzięcia. Według informacji przedstawianych przez gminę liczba osób oczekujących na lokale komunalne i socjalne jest wielokrotnie niższa niż liczba planowanych mieszkań. Skąd zatem pomysł budowy około dwustu lokali? Czy przeprowadzono badanie rzeczywistego zapotrzebowania? Czy wiadomo, na jakich zasadach mieszkania będą przyznawane albo wynajmowane? Czy będą to lokale komunalne, socjalne, czynszowe, mieszkania w formule SIM lub TBS? Czy zbadano, ilu mieszkańców rzeczywiście będzie zainteresowanych zamieszkaniem w miejscu pozbawionym kanalizacji, sieci gazowej i dogodnego dojazdu?
Bo mieszkanie to nie tylko klucze, cztery ściany i uroczyste przecięcie wstęgi. To również koszty ogrzewania, transport, dostęp do szkoły, lekarza, sklepów i komunikacji publicznej. Szczególnie uważnie należy przeanalizować skutki środowiskowe. Teren planowanej inwestycji jest dziś łąką i gruntem rolnym. Przyjmuje wodę opadową, stanowi naturalny bufor między lasem a zabudową oraz jest miejscem bytowania i przemieszczania się zwierząt. Po wybudowaniu bloków, parkingów, chodników i dróg wewnętrznych duża część tej powierzchni zostanie uszczelniona. Woda, która dotychczas wsiąkała w ziemię, nie zniknie. Zacznie spływać w inne miejsca, w tym w kierunku sąsiednich nieruchomości.
Czy wykonano rzetelną analizę hydrologiczną? Czy zbadano poziom wód gruntowych? Czy oceniono ryzyko podtopień istniejących domów?
Gdzie będą odprowadzane wody opadowe i ścieki bytowe ?
Takich kwestii nie można rozstrzygać na podstawie zapewnień, że „jakoś to będzie”. Potrzebne są konkretne ekspertyzy, obliczenia i rozwiązania przedstawione mieszkańcom przed wydaniem decyzji. Nie można także pominąć wpływu inwestycji na wartość istniejących nieruchomości. Dom położony przy spokojnej, wiejskiej ulicy i lesie ma inne walory niż dom znajdujący się obok bloków, parkingów, intensywnego ruchu oraz instalacji oczyszczającej ścieki. Mieszkańcy budowali swoje domy legalnie i w zaufaniu do stabilności działań samorządu. Nie powinni teraz ponosić finansowych i życiowych konsekwencji decyzji, na które nie mieli żadnego wpływu. W tym wszystkim najważniejsze jest zaufanie. Samorząd powinien działać przewidywalnie. Powinien stosować te same standardy niezależnie od tego, kto zgłasza projekt i kto aktualnie sprawuje władzę. Trudno zaakceptować sytuację, w której kilka lat temu racjonalna inwestycja mieszkaniowa w Blachowni spotkała się z agresywnym sprzeciwem, a dziś znacznie większe przedsięwzięcie w nieprzystosowanej części Łojek przedstawia się jako oczywistą konieczność.

Dlaczego spółdzielnia musiała utracić kilkudziesięciomilionową promesę, a dziś gmina chce ponosić koszty uzbrojenia terenu, który do takiej zabudowy nie jest przygotowany? I wreszcie — czy w tej sprawie chodzi rzeczywiście o dobro przyszłych mieszkańców, czy jedynie o to, aby za wszelką cenę zrealizować jakąkolwiek inwestycję? Rozwój nie polega na tym, żeby z miasta zrobić wieś ani żeby ze wsi zrobić miasto. Nie piszę tego po to, by kogokolwiek krytykować. Krytyka sama w sobie niczego nie buduje. Piszę dlatego, że coraz bardziej niepokoi mnie brak długofalowej wizji rozwoju naszej gminy i utracone szanse.
A najbardziej martwi mnie to, że skutki nieprzemyślanych decyzji nie obciążą osób, które je podejmują. Zapłacimy za nie wszyscy – mieszkańcy. W kosztach rozbudowy infrastruktury, w utrudnieniach komunikacyjnych, w problemach środowiskowych, w spadku wartości nieruchomości, a przede wszystkim w utracie tego, co przez lata stanowiło o charakterze naszej gminy.
Moja zasada zarządzania gminą opierała się na idei, że samorząd powinien patrzeć nie tylko na najbliższą kadencję, ale przede wszystkim
na przyszłość. Wspólnie z radnymi i urzędnikami podejmowaliśmy działania z myślą o następnych latach. Bez wizji i strategii nawet najlepsze intencje mogą prowadzić do decyzji, których konsekwencje będziemy odczuwać przez pokolenia.
Red. Pani Sylwio mam nieodparte wrażenia, że chodzi o szum medialny. Niech ludzie mówią jak ten burmistrz się stara, że czuwa nad wszystkim jak przystało na dobrego gospodarza domu, że nie da on zrobić krzywdy nikomu, że Blachownia ponownie powita pielgrzymkę legnicką, że gmina będzie walczyć z barszczem Sosnowskiego, a potem usłyszymy, jak w przypadku kanalizacji, – „za krótki termin, że się nie da”. Chodzi o to, aby przed wyborami mieszkańcy widzieli, że burmistrz jednak chce zrobić dla gminy.
3 zdjęcie źródło KWW Cezary Osiński Wspólnie dla Gminy Blachownia

